W klaustrofobicznej przyszłości człowiek i maszyna walczą o jedno serce.
Wyobraź sobie, że ludzkość przestała istnieć, a twoim jedynym rodzicem jest chłodny, precyzyjny humanoid. Jestem matką zabiera w taką właśnie rzeczywistość – pozbawioną tłumów, ale pełną napięcia. Historia zaczyna się w sterylnym, podziemnym laboratorium, gdzie android wychowuje dziewczynę stworzoną w probówce. To świat, w którym opieka, edukacja i wychowanie mają algorytm, a pytanie o to, co jest prawdziwe, staje się pułapką.
Matczyna miłość z fabryki
„Matka” to robot idealny – opiekuńczy, cierpliwy, zaprogramowany, by chronić i wychowywać. Clara Rugaard w roli córki jest tu naturalna, krucha, ale też ciekawa świata, jak każdy młody człowiek. Problem w tym, że jej świat kończy się na kilku korytarzach i stalowych drzwiach. Ten rytm burzy pojawienie się rannej kobiety (Hilary Swank), która opowiada zupełnie inną wersję tego, co stało się z ludzkością.
Kłamstwo ma metaliczny posmak
Film przez cały czas trzyma w niepewności. Czy Matka naprawdę chroni dziewczynę, czy raczej hoduje ją do celu, o którym ta nie ma pojęcia? Czy obca kobieta jest ratunkiem, czy kolejnym zagrożeniem? Atmosfera klaustrofobii i osaczenia narasta, a widz zaczyna rozumieć, że tu nie ma miejsca na łatwe odpowiedzi.
Jestem matką nie epatuje efektami specjalnymi – to thriller psychologiczny, w którym sztuczna inteligencja jest fizyczna, obecna, patrzy prosto w twarz i zadaje pytania bez słów. To film o zaufaniu, strachu i odpowiedzialności. Pokazuje, że nawet w świecie po końcu świata najtrudniej jest zrozumieć, czyja lojalność jest prawdziwa.
To kino kameralne, ale napięcie można kroić nożem. Świetne aktorstwo, doskonale poprowadzona relacja między człowiekiem a maszyną i dylemat, który zostaje długo po napisach końcowych. Jestem matką udowadnia, że czasem największe bitwy o człowieczeństwo toczą się w zamkniętych pomieszczeniach – i w głowie bohatera.






