Przeżyłem Detroit: Become Human jak skok w maszynowe serce – piękna, wciągająca, wzruszająca i nie do końca… ludzka?
Musiało się to stać. Wziąłem pad do ręki i zanurzyłem się w świecie, w którym androidy są tak ludzkie, że zaczynasz zastanawiać się, czy przypadkiem sam nie jesteś kodem. To nie jest tylko gra – to zaproszenie do dyskusji, którą wolałbyś / wolałabyś ignorować. Ale nie możesz. Bo te maszyny nie są tylko robotami. I właśnie dlatego cierpi dusza, gdy rozstajesz się z nimi na koniec.
Dziwne piękno i absurdalna bliskość
Wczułem się. Każde z trzech spojrzeń — Connora, Markusa i Kary – miało swoje dziwactwa i dramaty, które wessały mnie bez ostrzeżenia. To gra, w której ścieżka twoich decyzji nie jest czarno-biała, a androidy nie są kalką ludzi – są wersją, która zmusza do pytania: „Czy mają świadomość?”. I co z tego wynika, gdy są tak realni? To temat, który gry jak ta dopiero zaczynają krystalizować.
To jedna z najlepszych gier, jakie kiedykolwiek przeżyłem. Naprawdę. Uchwycić w grze emocje i przekazać je przez elektronikę, animację, dialog… to już samo w sobie jest osiągnięciem. I jeszcze ta piosenka – „Hold On” śpiewana przez androidy – przeżycie wyjątkowe, bo nie spodziewasz się płaczu przy synth-popie. Ale to działa.
Rzeczywistość, w której android ściska twoją dłoń
Świat gry pokazuje coś, co dla wielu jest absurdalne: dosłowne połączenie człowieka z AI w realnym świecie. Androidy, które możesz zobaczyć, dotknąć, którym możesz zaufać – choć teoretycznie to tylko kod i metal. Gra krzyczy: „Patrz, oto jak może wyglądać nasza przyszłość”. Ale czy jesteśmy gotowi na pytanie, czy ten kod może poczuć, cierpieć, marzyć? Detroit stawia je w twarz, bez uprzejmości.
Detroit: Become Human to więcej niż interaktywna opowieść – to psychologiczny rollercoaster. Piękna, wciągająca i zadziwiająca gra.
PS: Obserwuj swoją asystentkę, wraz z postępem gry, zmienia ona nie tylko swoje nastawienie.
